Jakiś czas temu, będąc na świeżo po pisaniu pracy magisterskiej z Saula Bellowa, znajomy Amerykanin zasugerował abym zapoznał się z twórczością dwóch młodych amerykańskich pisarzy pochodzenia żydowskiego. Jednym z nich był Jonathan Safran Foer, autor powieści Wszystko jest iluminacją (2003, polskie wydanie) (Everything is Illuminated).
Jonathan Safran Foer odwiedził Ukrainę, aby odnaleźć kobietę, która ocaliła jego dziadka przed zagładą z rąk hitlerowców. Sam jej nie znalazł, ale stworzył bohatera, którego poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem. Tak powstała debiutancka powieść Foera, Wszystko jest iluminacją, która nie tylko wzbudziła kontrowersje, ale i pochwały takich pisarzy jak Salman Rushdie. Powieść stała się też inspiracją dla Lieva Schreibera, który na jej podstawie napisał scenariusz i wyreżyserował film o tym samym tytule.
Bohaterem powieści jest Jonathan, młody amerykański Żyd, który po śmierci dziadka otrzymał od swojej babki starą fotografię. Był na niej młody mężczyzna, dziadek, oraz tajemnicza kobieta, Augustyna. Okazało się, że ta kobieta uratowała mu życie, udzielając schronienia w swoim domu podczas wojny. Dziadek Jonathana pochodził z Trachimbrodu, niewielkiego sztetla na Ukrainie. Jonathan postanawia pojechać tam i odnaleźć Augustynę. Ukraińskim przewodnikiem i tłumaczem Jonathana zostaje Sasza, który niezbyt radzi sobie z angielszczyzną. Kierowcą zostaje dziadek Saszy, który ma nie tylko problemy ze wzrokiem, ale również ze swoją przeszłością. Do grupy dołącza też wierna, acz nadpobudliwa suka, o wdzięcznym imieniu Sammy Davis Junior Junior. Wszyscy wyruszają w podróż, która dla każdego z uczestników zakończy się inaczej, niż mogliby się spodziewać.
Jest to książka trudna, momentami troche irytująca, chaotyczna ale jednocześnie niezwykła. Jest to książka o poszukiwaniu swoich korzeni, własnej tożsamości, odpowiedzi na pytania, które w końcu mieliśmy odwagę zadać. Jest to też swoista wizja tego, co może się zdarzyć, kiedy już znajdziemy to czego szukamy. Wszystko jest iluminacją opowiada też o potrzebie dokumentowania wydarzeń, o tym jak ważna jest pamięć przodków, dzieki której wiemy kim jesteśmy.
"Ale najgorzej miały dzieci, choć bowiem na pozór mogłoby się wydawać, że nie zdążyły jeszcze nagromadzić aż tylu nękających wspomień, świerzbienie pamięci dokuczało im wcale nie mniej niż starszym sztetla. Wlokące się za nimi sznurki nie były nawet ich własne, lecz zawiązane rękami rodziców i dziadków - do niczego nieprzymocowane, luźno zwisały z ciemności."
To jacy jesteśmy i jak się zachowujemy wynika po części z tego jacy byli nasi przodkowie. Może jednak warto pamiętać, że każdy element historii jest tak samo ważny i nasze życie może być dla kogoś inspiracją w przyszłości.
Warto też zauważyć, że poza miłością, winą czy przebaczeniem, jest to książka o książce, książka, która w pewnym sensie powstaje na naszych oczach. Prawdopodobnie jest to pierwsza książka o Holocauście, której treścią jest sam proces przekładu, a ostateczna wersja wydarzeń jest wynikiem swoistych negocjacji amerykańskiego pisarza z jego ukraińskim tłumaczem. W takiej konstrukcji powieści można doszukiwać się pewnego niepokoju, który towarzyszy kolejnemu pokoleniu pisarzy żydowskich, którzy urodzili się kilkadziesiąt lat po wojnie i nie doświadczyli Holocaustu. Jedynie pośrednie relacje, opowieści rodzinne, oficjalne dokumenty historyczne, filmy czy literatura są dostępnymi źródłami na ten temat. Nieliczni już świadkowie tych wydarzeń też nie są bardzo pomocni, nie pamiętają, nie chcą pamiętać lub tworzą własną historię, która ma im pomóc żyć z brzemieniem winy lub strachu.
I jeszcze na koniec:
"Muszę ci powiadomić, Jonathan, że jestem bardzo smutny persona. Chyba zawsze jestem smutny. Może to oznacza, że w ogóle nie jestem smutny, bo smutek to coś niżej niż zwykłe usposobienie człowieka, a ja zawsze jestem to samo. Skoro tak, to może jestem jedyny człowiek na świecie, który nigdy nie smutnieje. Może jestem szczęściarz."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz